Stoimy przy tylnym wejściu do klubu. Anze ma nam załatwić wejście, żeby
nikt się nas nie czepiał. Na dworze panował mróz. Jeszcze na dodatek
padał śnieg. Czekaliśmy w nieskończoność. Po ponad 40 minutach chłopak
wyszedł po nas i oznajmił, że możemy wejść.
W środku panował półmrok. Muzyka grała dość cicho. Mężczyzna zaprowadził
nas do odpowiedniego stolika. Zajęliśmy miejsca. Rozejrzałam się
dookoła. Różnego rodzaju lampy, duży parkiet, stanowisko dla DJ-a i
wielka dyskotekowa kula. Całość prezentowała się nieźle. Zastanawiałam
się, gdzie są pozostali. Mieliśmy wspólnie świętować wygraną Turnieju
Czterech Skoczni Petera, a ich nie ma.
- Idę do baru, zamówić wam coś? - zapytał najstarszy.
- Piwo - odparli chóralnie.
- Julia, Domen?
- Nie dzięki.
- Ja też nie.
- Za swojego brata nie wypijesz?
Wtem drzwi się otworzyły i wszedł główny bohater tego wieczoru wraz z
kumplami. Zauważając nas uśmiechnęli się i podążali ku nam. Przesiedli
się do nas.
- A co wy tak o suchym pysku siedzicie?
- Właśnie zbieram zamówienia. Chcecie coś?
- Jeszcze się pytasz? - prychnął Robert - Dwa razy po pół litra.
- Mi weź piwo.
- Młody no weź się napij z nami. Peter, może wypić? - spojrzeliśmy na niego. Zawahał się chwilę nad odpowiedzią.
- No z takiej okazji chyba może.
- A więc, co zamawiasz?
- Niech będzie to piwo - machnął ręką.
- Zaraz wracam - oddalił się. Kątem oka obserwowałam starszego z
Prevców. Jego twarz była rozpromieniona. Wygrana dodała mu skrzydeł.
Zawsze całkowicie skupiony, cichy chłopak, a teraz uśmiechnięty,
rozgadany i trochę roztrzepany. Zupełnie jakby miał dwie inne
osobowości, albo cierpi na schizofrenie. Lanisek pojawił się z powrotem w
mgnieniu oka w towarzystwie barmana, ponieważ sam nie dałby rady
przynieść tego wszystkiego. Podał każdemu zamówione rzeczy.
- Tobie wziąłem wodę, bo nie deklarowałaś chęci na nic mocniejszego - zwrócił się do mnie.
- Dzięki.
Impreza rozkręcała się w najlepsze. Przyszło więcej osób i muzyka
została nastawiona na maksa. Znalazły się tu również niektóre kadry, już
dość wstawione. Wzrokiem szukałam kumpli. Ulotnili się dobrą godzinę
temu. Zaczynam się o nich powoli martwić. Podobno ostatnim razem spali
obok kontenerów. Całe szczęście, że mnie wtedy nie było. Nie wiem, co
bym im zrobiła.
- Gdzie jest Domen?
- Widziałam go niedawno - rozejrzałam się po sali.
- Jeszcze tego brakowało, żeby się zgubił.
Uniosłam brwi do góry. Peter faktycznie traktował swojego brata jak małe dziecko.
- Spokojnie, znajdzie się. Nie bądź taki nadopiekuńczy.
- Muszę się nim zajmować. Nie chcę, żeby powtórzyła się ta sama sytuacja, co z Cene.
- No faktycznie, to było dobre - odparł Jurij. Ledwo go zrozumiałam przez plątający się język.
- Dobre? Nawet nie wiesz co ja miałem potem w domu - oburzył się.
Nagle zapadła całkowita cisza. Na jednym ze stołów stanął Domen. Ledwo
trzymał się na nogach. Wziął mikrofon do ręki i powiedział:
- Czas rozkręcić tą imprezę.
Muzyka znowu zaczęła grać. Chłopak zatupał kilka razy i zaczął
tańczyć. Otworzyłam usta ze zdziwienia. Na początku ruszał tylko nogami,
dopiero później w ruch poszło całe ciało. Nie mogłam przestać się
śmiać. Brakowało mi powietrza. Robił niezłe show. Wszyscy klaskali do
rytmu, nawet parę osób przyłączyło się do niego. Pero wysłał nam karcące
spojrzenie. Nie rozumiałam, dlaczego tylko jego to nie śmieszyło.
Jurij, Robert i Anze również rechotali.
- Ja idę po niego.
- Poczekaj, pomożemy ci.
Tepes i Kranjec podnieśli go i próbowali wyprowadzić. Szarpał się,
kopał, ale udało im się go poskromić. Peter odwrócił się jeszcze w
stronę tłumu, po czym wyszedł. Zostałam sama z Laniskiem.
- Co robimy?
- Szukamy pozostałych - odparłam wycierając łzy.
Obeszliśmy wszystkie łazienki, szatnie, nigdzie ich nie było.
Przysięgam, że ostatni raz poszłam z nimi na jakąkolwiek imprezę. Nie
mam zamiaru po raz kolejny ich szukać i się martwić. Po pewnym czasie
ujrzałam Kamila. Siedział przy barze. Szturchnęłam Anze i kiwnęłam głową
w stronę przyjaciela. Szybko znaleźliśmy się obok niego.
- Kamil, gdzie reszta?
- Leżą - odparł biorąc łyk jakiegoś alkoholu.
- W którym miejscu?
- Na księżycu.
Zupełnie nie kontaktował. Jesteśmy na straconej pozycji.
- Przepraszam, ale niechcący usłyszałem kawałek rozmowy - zwrócił się
do nas barman - Szukacie trójki chłopaków, którzy z nim byli?
- Tak, zbieramy się już i tamci się nam zgubili.
- Na piętrze. Śpią na kanapie w drugim pomieszczeniu po prawej stronie.
- Dziękujemy.
Udaliśmy się na górę. Skierowaliśmy się tam, gdzie powinni znajdować się
nasi. Faktycznie, spali w najlepsze. Podeszliśmy i próbowaliśmy ich
obudzić. Nie byli aż tak pijani, więc nie stawiali oporu. Powoli
wyprowadziliśmy ich z klubu. Na zewnątrz wciąż czekali skoczkowie.
- Nareszcie. Myślałem, że korzenie zapuszczę.
- Sorry stary, ale teraz w końcu możemy iść do hotelu.
Staraliśmy się podążać najszybciej, jak mogliśmy. Zdarzały się liczne
upadki. Jutro będą niezłe siniaki i zadrapania. Prowadziłam dwójkę pod
rękę. Dość mocno mną telepali. Chciałam już znaleźć się w swoim łóżku i
pójść spać. Po co zgodziłam się pójść tam z nimi? Całe szczęście, że
Janus nie widział, jak się demoralizują. Artur stracił równowagę i w
trójkę wyrzuciliśmy się. Usłyszałam śmiechy prawie całej kadry.
Zrezygnowana podniosłam się i ruszyłam zostawiając chłopaków samych.
Prędko znaleźli się pomiędzy nami. Przechodnie patrzyli na nas, jak na
wariatów. W sumie się nie dziwie. To, jak szliśmy, wołało o pomstę do
nieba. Zajmowaliśmy cały chodnik i pół jezdni. Oby nie doszło do
jakiegoś wypadku.
- Domen stój! - krzyknął brat biegnąc za nim. Młody potknął się o kamień
i upadł prosto na twarz. Pomimo stanu nietrzeźwości wstał niemal
natychmiast i zatrzymał się przy krzakach. Po odgłosach można się było
domyśleć, że wymiotuje. Brunet przystanął obok niego i przytrzymywał mu
głowę. Współczułam mu, bo od samego patrzenia z takiej odległości robiło
się niedobrze. Zorientowałam się, że stoimy parę metrów od hotelu.
- Julia, zaprowadzisz go ze mną? - poprosił starszy Prevc.
- Pewnie.
Przeszliśmy na ostatnie piętro. Wyciągnęłam z kieszeni młodego klucz
do pokoju i otworzyłam drzwi. Miał niezły bałagan. Ciuchy porozwalane w
każdych zakątkach razem z jedzeniem, jakieś kolorowe kartki z napisami i
wiele innych rzeczy. Myślałam, że to moi współlokatorzy są największymi
bałaganiarzami. Każdy się myli. Uprzątnęłam łóżko, aby mógł się
spokojnie położyć. Nadal znajdował się w swoim własnym świecie.
Przykryliśmy go i postanowiliśmy zostać jeszcze chwilę, dopóki nie
zaśnie. W pomieszczeniu panował okropny zaduch. Uchyliłam okno.
- Nieźle się urządził - odezwałam się.
- Pierwszy i ostatni raz pił przy mnie. On się nawalił gorzej niż ja w zeszłym tygodniu.
- Nie ma głowy do picia.
- Zgadzam się - westchnął - Chyba zasnął - zauważył. Zgasiliśmy światło i
wyszliśmy - Niech ta noc nie wychodzi poza nasz krąg - spojrzał mi
prosto w oczy.
- Spokojnie. Chłopacy zapewne nic nie będą pamiętać, a ja nie puszczę pary z ust.
- Dzięki. Tu mam pokój. Kolorowych snów.
- Wzajemnie.
Pożegnaliśmy się. Zapowiada się kolejna nieprzespana noc pełna wrażeń.
_____________________________________________________________________________
Już szósty. Dziękuję za tak dużą liczbę wyświetleń. Mam nadzieję, że rozdział się wam podoba. Pamiętajcie, komentarze motywują ;)
Do napisania!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz